Pogrzeb

To koniec. Wróciliśmy do normalnego życia, chcąc udawać, że nic się nie zmieniło. Nazywamy to naprawą stosunków, chociaż oboje wiemy, że ciężko będzie nam przejść z tym do porządku dziennego. Będziemy musieli chyba stworzyć coś na nowo, co będzie czyste i nienaznaczone.

Ale cholera, stosunki międzyludzkie nigdy takie nie będą. Zawsze w nas, gdzieś tam w środku będzie siedzieć ślad, jakieś wspomnienie, mały gest, myśl czy spojrzenie, które trwało za długo. Ta świadomość, że ma się drugiego człowieka i jego uczucia, jego umysł o pół kroku stąd. Dobrze wiesz, czemu akurat o pół kroku stąd mam to wszystko, cały twój świat, który tak jak mój, okazał się być cholernie skomplikowany, pogmatwany i pełen wątpliwości. Znów okazało się, że jesteśmy do siebie podobni, oboje chcemy się jednocześnie od czegoś odciąć i temu zaimponować, tylko to “coś” jest dla nas inne. Może każdy człowiek ma to “coś” indywidualne dla niego samego, z czym musi się mierzyć każdego dnia? Czy z czasem to “coś” nazwiemy życiem? Oby nie. Bo wtedy to nie będzie malutki koniec, a istny armagedon.

Co było w lesie zostaje w lesie, prawda? Nie tym razem. Tym razem nasze leśne życie jest jednością z tym miejskim, przenika się, otacza, współistnieje. Tylko czy to jeszcze symbioza czy już pasożytnictwo? Czy dam radę, wynaleźć i zażyć antidotum albo ograniczyć dawkę? Czy dam radę wyrzucić te działki narkotyku zwane miłością, aby móc znów w czysty i jasny sposób spojrzeć na świat i rzeczywistość?

Od ostatniego tygodnia chodzę po świecie, trochę do niego nie należąc, jestem z boku, odcinam się a przynajmniej próbuję. Jednak świat sobie o mnie przypomniał. W chwili, gdy to piszę, jest mocno po północy, wałkuje playlistę wszystkich swoich piosenek i próbuję sobie intensywnie odpowiedzieć na pytanie, kim ja właściwie jestem. Kim jest ta, która co chwila kogoś zawodzi, w której wolność i niezależność walczą z silną potrzebą kochania, która myśli o sobie dobrze, dopóki nie pojawi się w jej życiu mężczyzna, na którym zaczyna jej zależeć, w której ambicja nie wynika tylko z wewnętrznej potrzeby, ale również z tej toksycznej chęci udowodnienia światu, że jest się coś wartym…, kim ja do jasnej anielki jestem? Znakiem zapytania, wielokropkiem… A może średnikiem?

Nie dałeś mi odpowiedzi na te pytania. Ale dałeś mi to poczucie, że obojętne, kim lub czym będę, jak bardzo się stoczę lub wybiję, jak bardzo będę piękna czy odrażająca, nie odrzucisz mnie… Przy tobie nie muszę nigdy udawać, nie muszę się wstydzić, nie muszę martwić się, że cię zawiodę… Mogę po prostu być, szukać siebie samej, długo dochodzić do siebie i nigdy nie usłyszę od ciebie złego słowa. Jeszcze żaden mężczyzna mi tego nie dał i dlatego tak trudno mi pogrzebać ciebie-chłopaka, chociaż pokój dla ciebie-przyjaciela stoi otworem zapraszając do środka. Ale nie martw się, zapach rozkładającego się ciała, powoli mnie dusi i robi się nie do wytrzymania. Nie chcę zarazić się trupim jadem, więc powoli zaczynam przygotowania do pogrzebu. Zdecydowałam się na stos, taki jak u wikingów. Ty-chłopak zasłużył na miejsce w Walhalli. Codziennie walczysz o siebie samego, walczysz o mnie i walczyłeś o naszą przyjaźń, mimo błędów, pomyłek i wypaczeń, nie poddawałeś się. Ja też się nie chcę poddać przyjacielu. Nie tym razem.

Kondukt rusza, marsz żałoby powoli wkrada mi się do serca, idę o pół kroku od trumny twej, o pół kroku od szczerej i nieograniczonej wolności… Kiedy w końcu znajdę siłę aby przekroczyć tę magiczną granicę połowy kroku? Na pewno szybciej pokona granicę miłość / przyjaźń, niż te wszystkie granice, którymi otaczam się, na co dzień.

Dzisiaj znowu zawaliłam, dlatego że jestem sobą. Dlatego że są rzeczy, które są dla mnie obojętne, a inni nadają im ogromną wagę. Zarzuca mi się, że nie potrafię się żegnać…, ale nikt nie zapyta czy już tego nie zrobiłam. Zrobiłam. Chodziłam po tym UKOCHANYM kawałku lasu, z metalowym kubkiem pełnym herbaty, mówiąc na głos do tego, którego na tym świecie nie ma. Najprościej jest jednak ocenić po pozorach, po tym, co widać na dłoni… To, co jest w nas jest nieistotne. Nikt nie chce babrać się w bagnie, bo wtedy zdaje sobie sprawę, że musi zrobić porządek we własnych włościach a tam często jest o wiele gorzej… I Nie ma, kto tego zrobić za nas. Możemy poprosić do pomocy przyjaciół – przyjdą ze szmatką i wodą, psychologa – przyniesie mopy, detergenty i rękawiczki. Ale w gruncie rzeczy, to my musimy sami siebie posprzątać. My najlepiej wiemy, co chcemy zostawić, a co należy spalić. My też tylko wiemy jak to poukładać.

Więc będzie stos, będzie ogień i będzie niema modlitwa ateisty do siebie samego, aby się uwolnić, wyrzucić śmieci i pozwolić sobie żyć. Niech to wszystko ogień pochłonie.

Submit a comment

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s