Na granicy

Ostatnio mam takie dni, które proszą się o dłuższą drogę do domu.

Za pierwszym razem, mając w sobie kompletny uczuciowy mętlik i burdel, usiadłam na boisku szkolnym gdzie 15 lat temu zaczynałam swoją przygodę z edukacją. Boisko to, od zawsze miało dla nas dwie części. Pierwsza należała do naszej szkoły i gimnazjum, druga do szkoły, którą nazywano wtedy „specjalną” a była po prostu ośrodkiem dla osób, które potrzebują trochę innego podejścia, aby w pełni rozwinąć swe skrzydła. Na tej drugiej stronie boiska był piękny plac zabaw, drewniany, z kilkoma huśtawkami. Z tamtej części kojarzy mi się też jedna ze zbiórek, gdy byłam jeszcze w zuchach i grałam w raz dwa trzy król patrzy. Tzw. nasza strona boiska nie kojarzyła mi się zbyt dobrze. To było miejsce, w którym dawałam z siebie wszystko na wfie, by usłyszeć za plecami śmiech i wyzwiska, to było miejsce, w którym zabawnym wydawało się zrobienie ze mnie psa, który gania za freesbee… Z własnego kaszkietu. Chociaż niewątpliwie bywały momenty, w których się uśmiechałam, po tej naszej stronie boiska. Pomiędzy nimi, aż do czasu mojej 5 klasy szkoły podstawowej, była zielona brama, subtelna granica pomiędzy dwoma, pozornie różnymi światami. Na tej bramie odbywały się największe piłkarskie mecze, w których nie liczyło się, jakiej jesteś płci, ani czy jesteś dobry z wfu. Liczyło się, że chcesz grać. Czasem też wskakiwaliśmy na tę bramę i mur, do którego przylegała, aby popatrzeć na ten „inny”, bo nieznany nam świat. W szóstej klasie, granicę obalili i zrobiła nam się z tego strefa Schengen w wersji szkoły podstawowej. Nasze dwie placówki się połączyły, tworząc odtąd jeden świat.

Tamtego wieczoru usiadłam po stronie tamtej, niby obcej stronie boiska. Otoczenie wokół się kompletnie zmieniło, światy wymieszały a z pięknego placu zabaw pozostał już tylko nowszy, ale za to mniejszy, bogaty w plastiki.

Tego drugiego wieczora siedziałam na ławce, przed pewnym sklepem niemieckiego kapitału, na skwerku zbudowanym z inicjatywy rady osiedla. Nie lubię swojej dzielnicy, ale muszę przyznać, że radę osiedla mam w porządku. Obok, po prawej stronie stał budynek ZUS. Pamiętam, że w dzieciństwie przesiadywaliśmy tam, a wszelakie poręcze i podjazdy, służyły nam za dżunglę, tor przeszkód, czy płonący budynek. Za każdym razem rodzice mówili nam, że to wstyd tak tam rozrabiać i co ludzie powiedzą.

Siedziałam na tej ławce, zajadając smutki w wałach kukurydzianych, wspominając te ciężkie, choć jednocześnie beztroskie czasy, zastanawiając się czy to życie stało się trudniejsze, czy to ja dorosłam i przejrzałam na oczy. Zastanawiałam się jak mogę być jednocześnie krucha jak i w całości, głupia jak i mądra, obojętnie i cholernie przejęta i jak dużo musi się jeszcze wydarzyć żeby ta część, która jest zła dla świata, wzięła nade mną górę. Z innymi było prościej, rozpadli się na kawałki albo trwali w całości, a ja wisiałam na tej granicy jak wtedy na tamtym murze, spoglądałam na świat, który mnie przyciągał, ale nie był mój, był tak bardzo bliski i obcy zarazem. Byłam jak kot z eksperymentu zarazem żywa jak i martwa, na granicy rozsądku i wybuchu emocjonalnego, pozbawiona szans, łykająca resztki nadziei. W końcu jednak dałam za wygraną. Ruszyłam do domu.

Submit a comment

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s