Hotel W

Przechodząc dzisiaj ulicami mojej dzielnicy doszłam do wniosku, że ma ona charakter średniego miasteczka powiatowego. Biorąc pod uwagę jej historię nawet mnie to nie dziwi.

Cała ta ziemia istnieje od jakiegoś XIII wieku w miejskich papierach, jako wioska jakiegoś rodu szlacheckiego by na przełomie XIX i XX wieku, zamienić się w robotniczą dzielnicę miasta. To, co kiedyś uznawano za tanie, czynszowe kamienice dla robotników, dziś powinno się uznawać za perły architektury i zabytków. Powinno.

To, co jest paradoksalne w tej cholernej dzielnicy, to zestawienie nowoczesności, że starością, nowomiastowych, że stałymi bywalcami, nowoczesnych hipsterów z dresami, czy braku perspektyw z możliwościami i ambicją. Ta dzielnica to jeden wielki paradoks dusz, które nie wiedzą, co ze sobą zrobić, więc w niej tkwią, lub tkwią w niej, bo chcą coś zrobić, ale nie mają takich możliwości. Rzadko, kiedy coś tu jest dobre lub złe, zasadniczo to, co się przewija to stałość i marazm.

Możesz wyjść z tej dzielnicy, ale ona nigdy nie wyjdzie z ciebie. Jesteś tu cholernie naznaczony, w większości widzą w tobie ziomka w dresie zwykłym, sporadycznie wyjściowym, na zasiłku i 500+, zakładającego rodzinę z Jessica i posiadającego małego Brajanka. Czasami jesteś stereotypowym Januszem i Grażyna, w sandałach i skarpetkach. Sporadycznie jesteś zbuntowanym, uciekającym od życia, menelohipsterem.

Na tej dzielnicy nie ma uśmiechu. Wszystko jest nijakie. Stare kamienice mieszają się z budkami z dykty i oszklonymi budynkami. Rada osiedla próbuje coś robić. Zakręceni ludzie.

Jeżeli coś na tej dzielnicy się udało, to jest to harcerstwo. Kolejna zakręcona grupa ludzi, która wciąż wierzy, że może coś zmienić.

I ja wierzę, chociaż od 16 lat ta cholerna dzielnica mówi mi, że nie warto.

No, bo sorry, ale jeżeli już od czasów podstawówki, otaczają cię dobre ziomki popularne za to, że w sumie nie mając nic do zaoferowania dla świata oprócz słabych chęci, z których nic nie wynika, to trudno uwierzyć tej dzielnicy, że coś można zrobić.

Jezu, jaka ja jestem cyniczna. Chociaż jakby się nad tym zastanowić, nigdy nie czułam przywiązania do tego małego bagienka, niedaleko centrum.

Wszyscy mi mówią, że mam blisko do najważniejszych punktów w mieście, dojazd do mnie dobry. A wszyscy się gubią. Gubią się moje przyjaciółki, gubi się mój prawie chłopak, nawet moja mamuśka ostatnio pomyliła ulice. Autobus, który mam spod domu, ma rozkład gdzieś pomiędzy silnikiem, a rurą wydechową, zasadniczo go nie zna i nie widzi.

Moje miejsce zamieszkania to jakiś trójkąt bermudzki. Cała ta dzielnica przypomina garnek zupy, do którego ktoś wrzucił wszystko, co miał w lodówce. Da się to zjeść, chociaż nie smakuje najlepiej, a i z czasem podaruje ci sraczkę. A najgorsze jest to, że zasadniczo nie jest to wina samej dzielnicy, taka już jest sobie kolorowa. To raczej ta beznadziejna mentalność, która pokazuje, że niewiele robiąc starczy ci na życie, alkohol a z czasem i małego Brajanka, więc staranie się i podejmowanie wysiłku nie ma zbytnio sensu. I tak dostaniesz na tacy to, czego chcesz.

A jak nie daj Boże, chcesz coś zmienić, to najlepiej od razu zapisz się do skautów, rady osiedla albo duszpasterstwa akademickiego przy parafii. Albo jak nie czujesz się odpowiednim kandydatem do żadnej z tych grup, to się wyprowadź. Znajdź sobie pracę z dala od tego dziwnego miejsca, które zabija psychicznie i przytłacza. Albo jakąś pasję. A najlepiej nie daj się przekonać do tego, że można tu pasjonująco i ciekawie żyć.

Gdyby tak nie było, nie traktowałbym tego miejsca jak hotel, do którego wracasz po ciężkim, ale pasjonującym dniu zwiedzania, prawda?

Submit a comment

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s